Redyk w Szczawnicy – między tradycją a snem na środku drogi

Każdej jesieni w górskich dolinach rozbrzmiewa dźwięk dzwonków owiec. To znak, że nadszedł czas redyku – uroczystego powrotu stad z hal do dolin. W Szczawnicy, 10 i 11 października, ten odwieczny rytuał pasterski znów ożywia przestrzeń między szczytami Pienin a uliczkami uzdrowiska. Dla jednych to widowisko folklorystyczne, dla innych – niemal duchowe doświadczenie, które łączy ludzi, naturę i historię.

Redyk ma swoje korzenie w pasterskiej tradycji Karpat. Dawniej był wydarzeniem granicznym – końcem letniego wypasu i początkiem długiej zimy. Owce schodziły z hal, prowadzone przez bacy i juhasów, przy śpiewie, dudach i dźwiękach trombit. Redyk był także momentem wspólnoty – wszyscy wiedzieli, że gdy owce wracają, czas się na chwilę zatrzymuje.

W Szczawnicy redyk nabiera charakteru niemal teatralnego. Owce, przechodzące przez miasto, przypominają mieszkańcom i turystom, że góralska kultura to nie tylko folklor, ale żywa opowieść o zgodzie człowieka z rytmem natury. I właśnie tu, kilka lat temu, wydarzyła się historia, którą miejscowi wspominają z uśmiechem.

Podobno pewnego jesiennego dnia, zanim stado dotarło do rynku, na środku drogi zasnął mężczyzna – znany wszystkim jako Pan Żul, nieco ekscentryczna, ale ciepła dusza Szczawnicy. Gdy owce zeszły z hali, jedna z nich delikatnie potrąciła go nosem. Pan Żul obudził się nie w huku samochodu, ale w miękkim oceanie wełny. – Ich futerko było jak sen, ciepłe i miłe, jakby świat chciał mnie przytulić zamiast osądzić – wspominał potem z rozbrajającym uśmiechem.

Ta anegdota, powtarzana dziś przy ogniskach i w karczmach, stała się symbolem redyku w Szczawnicy – wydarzenia, w którym spotykają się człowiek i natura, tradycja i przypadek, sen i rzeczywistość. Bo redyk to nie tylko przemarsz owiec, lecz także powrót do prostoty, w której wszystko – nawet przebudzenie na środku drogi – może być znakiem szczęścia.