Nie jem, bo pilnuję kapusty
— Nie jem, bo pilnuję kapusty — mówi pan Wiesław (54 l.), stojąc na balkonie w bloku z wielkiej płyty i patrząc w dal, jakby w tej dali czaił się ktoś z widelcem.
Kapusta stoi w kuchni. W misce. Niewinna. Poszatkowana. Lekko osolona. Ale — jak twierdzi Wiesław — „ona ma swoje sprawy”.
— Pan nie rozumie. Jak człowiek zacznie jeść kapustę bez nadzoru, to ona się rozłazi. Najpierw w lodówce, potem w życiu. Ja już raz tak miałem — opowiada, wskazując na drzwi od zamrażarki, które „kiedyś same się otworzyły”.
Sąsiedzi potwierdzają, że od trzech dni światło w jego kuchni się nie gasi.
— On tam siedzi i patrzy. Czasem coś notuje. Wczoraj mówił, że kapusta „wygląda podejrzanie miękko” — relacjonuje pani Halina z trzeciego piętra.
Specjaliści są podzieleni. Dr hab. Zdzisław T., ekspert od warzyw kapustnych, uważa, że „kapusta sama z siebie nie podejmuje decyzji strategicznych”. Z kolei lokalny dietetyk przyznaje, że „w teorii jedzenie kapusty jest bezpieczne, ale tylko jeśli kapusta wie, że jest jedzona”.
Sam Wiesław pozostaje czujny.
— Ja jej nie ufam. Jak człowiek przestaje pilnować kapusty, to potem się budzi z bigosem, którego nie planował.
Na pytanie, czy w końcu zamierza coś zjeść, odpowiada krótko:
— Jak sytuacja się ustabilizuje.
Tymczasem kapusta leży. Cicho. Jakby wiedziała, że jest obserwowana.