Dlaczego „październik” to październik?

W kalendarzu pojawia się miesiąc szczególny. Liście robią się żółte, ludzie robią się smutni, a wiatry robią z nami, co chcą. Mowa oczywiście o październiku, którego nazwa od wieków budzi rozkminy zarówno wśród językoznawców, jak i żuli pod sklepem.

Oficjalna wersja etymologiczna jest taka: „październik” od „paździerza” – czyli odpadków z lnu i konopi, które w tym czasie tradycyjnie obłupywano z łodyg. Rolnik miał włókno na płótno, a resztę wrzucał w kąt i mówił: „Eee, to tylko paździerz”. A że takich paździerzy robiło się całe góry, miesiąc dostał nazwę na ich cześć.

Ale w narodowej tradycji istnieje też interpretacja ludowa, nieco bardziej swojska, chociaż językoznawcy kręcą na nią nosem. Bo przecież w październiku najczęściej po prostu piździ – i stąd pojawiło się alternatywne, gwarowe określenie: „piździernik”. Niby niepoprawne, ale kto raz stał na przystanku, gdy wiatr wywiewał mu ostatnią resztkę godności spod kurtki, ten doskonale wie, że coś w tym jest.

Można więc powiedzieć, że październik ma dwie twarze:
• oficjalną, paździerzową, pełną lnianych resztek i konopnych włókien,
• i nieoficjalną, wiatrową, kiedy człowiekowi piździ w uszy tak, że zastanawia się, czy nie wrócić jeszcze do sierpnia.

Tak czy inaczej, październik to miesiąc, w którym natura uczy nas pokory: nic nie ma już świeżości września, nic jeszcze nie ma magii grudnia – jest za to paździerz i do tego piździ.