Biednemu zawsze wiatr w oczy, a bogatemu parasol z wpływów
Jest w tym kraju – i nie tylko w tym – pewna żelazna zasada: małe grzechy karze się szybko i pokazowo, a wielkie zamiata pod dywan z grubym dywanem. Najlepiej perskim. Najlepiej takim, pod którym zmieści się wszystko: ofiary, akta, nazwiska.
Weźmy Jeffreya Epsteina. Milioner, bywalec salonów, kolega prezydentów, książąt i rekinów finansjery. Człowiek, który przez lata wykorzystywał seksualnie nieletnie dziewczyny, organizując sobie prywatny system „masaży”, wyspę bez zasad i świat, w którym pieniądz mówił głośniej niż prawo.
Gdy sprawa wyszła na jaw – dostał śmiesznie łagodny wyrok. Gdy wróciła po latach – zmarł w celi, zanim zdążył cokolwiek wyjaśnić. Oficjalnie: samobójstwo. Nieoficjalnie: cisza, która krzyczy do dziś.
Elity odetchnęły. Sprawa przycichła. Winny nie żyje, reszta „nie pamięta”.
A teraz Pan Andrzej.
Żul ze Szczecina. Twarz czerwona od wiatru i taniego wina. Brak konta w banku, brak adwokata z Nowego Jorku, brak wyspy. Pan Andrzej oddał mocz w miejscu publicznym. Nieobyczajny wybryk. Sprawa prosta, czysta, łatwa do udowodnienia.
Mandat. Wstyd. Papier. Kara.
I tu pojawia się pytanie, które boli bardziej niż kac:
kto jest większym zagrożeniem dla porządku społecznego?
Człowiek, który nie wytrzymał z pęcherzem pod śmietnikiem, czy multimilioner, który latami niszczył życie dzieciom?
System lubi sprawy proste.
Pan Andrzej nie ma kontaktów, więc jest idealny do statystyki.
Epstein miał wszystko – dlatego stał się problemem „złożonym”, „wielowątkowym”, „wymagającym ostrożności”.
Biednemu zawsze wiatr w oczy.
Bogaty stawia wiatrak, który kręci się na cudzych krzywdach.
I nie chodzi o to, żeby bronić sikania po bramach.
Chodzi o to, że prawo, które potrafi być bezlitosne wobec najsłabszych, a bezradne wobec najsilniejszych, nie jest ślepe – ono po prostu dobrze widzi, komu nie warto podpaść.
Pan Andrzej zapłacił.
Epstein zamilkł.
A reszta?
Reszta dalej chodzi po salonach, udając, że nic się nie stało.
Bo w tym świecie łatwiej złapać żula za rozporek niż elitę za sumienie.
