Kupa czy gówno? O językowym wstydzie, którego nikt nie chce dotknąć
Są w języku polskim słowa dziwne. Dziwne nie dlatego, że są wulgarne, ale dlatego, że krępują bardziej niż przekleństwa. I „kupa” jest tu przykładem wręcz podręcznikowym.
Bo spójrzmy prawdzie w oczy:
łatwiej powiedzieć „idę się wysrać” niż „idę zrobić kupę”.
I to jest absurd, który przechodzi nam przez gardło bez zadławienia.
Teoretycznie powinno być odwrotnie. „Kupa” to słowo neutralne, dziecięce, wręcz niewinne. „Gówno” i „wysrać się” to ciężka artyleria językowa, wulgaryzmy pełną gębą. A jednak w praktyce — to właśnie te brutalne słowa dają nam komfort.
Dlaczego?
Bo wulgaryzm nie opisuje. On odcina emocje.
Jest jak szybkie splunięcie: brzydkie, ale bez intymności.
Nie musisz nic sobie wyobrażać, nie musisz się zatrzymywać. Słowo leci i znika.
„Kupa” jest inna.
Ona jest dosłowna. Ciepła. Bliska. Zbyt bliska.
Od razu pojawia się obraz, sytuacja, kontekst.
A tego nie chcemy — bo w polskiej kulturze ciało jest tematem, który najlepiej przykryć żartem albo przekleństwem.
Dochodzi jeszcze jeden problem: dziecięcość.
„Kupa” kojarzy się z nauką nocnika, z rodzicami, z intymnością, której dorosły człowiek „nie powinien” już dotykać językiem.
Dorosłość w naszym rozumieniu polega między innymi na tym, że nie mówimy wprost. Albo mówimy wulgarnie.
I tak dochodzimy do paradoksu:
wulgaryzm jest społecznie akceptowalny,
a neutralne słowo — wstydliwe.
Nie dlatego, że jest brzydsze.
Tylko dlatego, że jest zbyt prawdziwe.
Bo język, jak życie, często woli być brutalny niż szczery.
I może właśnie dlatego łatwiej nam powiedzieć „gówno” niż „kupa” —
bo pierwsze to słowo, a drugie to już rozmowa o ciele.
A na takie rozmowy, jak wiadomo, nadal nie jesteśmy gotowi.



